Hyundai i20 N Line 1.2 MPI 84 KM

Hyundai i20 N Line 1.2 MPI 84 KM – test

Charyzma przysłaniająca słabości?

Obiecywanie to niezwykle odpowiedzialna czynność. Powód jest prosty: stawiamy na szali drogocenną reputację, którą – i teraz oskarowy scenariusz mamy w spoconych, własnych rękach – obrócimy w niebyt lub wzniesiemy się do nieba jak, nie przymierzając, kadłub statku Jeffa Bezosa. Co miałem sobie pomyśleć, kiedy postawiono bezdyskusyjnie wypucowane i20 przede mną, które zalotnie puszczało sygnały ostrą, klinowatą sylwetką? Jak miałem zareagować, kiedy miejski Koreańczyk próbował mnie przekonać do kultury Dalekiego Wschodu i powolutku odsłaniał swoje największe atuty? Nie mogłem być obojętny.

W zasadzie, trudno być obojętnym, kiedy filuterny Koreańczyk próbuje Wam zrobić wodę z mózgu. Pozostańcie ze mną: bogato wyposażona odmiana N Line niedużego i20, prezentuje się niczym kulturysta na zawodach. Ten samochód, a właściwie to wariant samochodu, wygląda niemalże jak naprężone, topowe i20 N, które – umówmy się – wolne nie jest, a charakterem przypomina żywiołowego kundelka po kąpieli. Podwójne zakończenie układu wydechowego, dająca się odczuć agresja, dwukolorowe malowanie karoserii, atrapa przypominająca szachownicę, oznaczenia N Line czy zdecydowanie dorosły rozmiar aluminiowych felg – 17 cali. Tutaj nie ma udawania, mówienia, że Święty Mikołaj to brodacz roznoszący prezenty (wszyscy doskonale wiemy, że to specjalista od klinowania się w kominie ;-P). Hyundai oficjalnie twierdzi, że celem było dostarczenie klientom samochodu miejskiego, który będzie zwracał na siebie uwagę, będzie „jakiś”. Udało się? Z mojego punktu widzenia udało się jak – tutaj musi być podbicie – jasna cholera, tylko należy być świadomym konsekwencji swoich wyborów.

Spójrzcie na to w ten sposób: kupując garderobę marki Versace w cudownie pachnącym sklepiku na rogu włoskiej uliczki, opiniotwórcza publika nie zarzuci nikomu braku przepychu. Trudno czekać na podobny efekt, kupując torebkę „Wersacze” na tureckim bazarze. Podobnie rzecz wygląda z i20 – sportowy, zadziorny i odważniejszy wygląd spełni oczekiwania w „eNce” o mocy 204 koni mechanicznych, ale niekoniecznie w miejskim toczydełku z motorem 1.2 MPI, który zna każda szkoła nauki jazdy. Wasze auto może znakomicie wyglądać, ale przed znajomymi wyjdziecie trochę jak poczciwy, komiksowy Sknerus. Chodzi o to, by trafniej dopasować konfigurację swojego i20 do jego rzeczywistych możliwości, co bezpośrednio łączy się z głębszym sięganiem do kieszeni. 84 konie to wybitne optimum dla wybitnie spokojnego mieszkańca dużej aglomeracji, natomiast wersja N Line od razu prosi o mocniejszy, turbodoładowany wariant 1.0, a już najlepiej o pójście na całość. Takie luźne przemyślenia człowieka, dla którego nic, bez dyskusji, nie powinno być przypadkiem.

Kupując jednak i20, nie traficie na przypadkowy samochód. To znakomita propozycja – rozsądnie przemyślana, bardzo porządnie zrealizowana (choć plastiki nie ukrywają swojego taniego pochodzenia), z przyzwoitym bagażnikiem, obsługą i hołdowaniem wciąż maksymalnie analogowemu i prostemu wymiarowi motoryzacji. Już za to Hyundai zasługuje na laur konsumenta (i mówię to w samochodzie z cyfrowymi zegarami, niemniej bardzo dobrze zrealizowanymi), ale to nie wszystko. i20 to bowiem samochód, w którym poczują się dobrze młodzi duchem kierowcy. Wersja N Line daje nam co prawda znakomitą kierownicę (notabene: w całości podgrzewaną) i równie dobre fotele, niemniej mówię o angażującej, niskiej pozycji za ów kierownicą, całkiem bezpośrednim układzie kierowniczym i całkiem jędrnie pracującym zawieszeniu. Dlaczego „całkiem”? To nie będzie wada… Chociaż poczekajcie, będzie – i20 dostarcza frajdy i satysfakcji w bardzo kontrolowany, widoczny sposób. Pięciobiegowy „manual” jest precyzyjny, ale nie za bardzo (pomijam haczący wsteczny), zawieszenie jędrne, ale ze wskazaniem komfortu, a układ kierowniczy precyzyjny, ale czuć w nim kroplę sztuczności. Hyundai wyraźnie zrobił miejsce flagowemu i20 N i choć wolałbym stwierdzić: znakomita propozycja mocno rozpalająca zmysły i wzmagająca narastający apetyt, powiem tylko: niezwykle kompetentny hatchback w segmencie B. Powinniście bez wahania brać go pod uwagę, bo jest wspomnianej uwagi wart. Nawet, jeśli multimedia wydały mi się nie do końca intuicyjne i z pasją zrywały połączenie z Apple Carplay, to jest wart.

Błagam, nie mówcie tylko, że jest koreański. Czasy bananów na kartki już dawno za nami… Chyba…

Recenzja wideo Hyundai’a i20 N Line

Opracowanie: Patryk Rudnicki
Zdjęcia: Bartosz Kowalewski / BKfoto

No Comments

Leave a Comment

*