Pełen wyrozumiałości czołg
Mam drobny problem z propozycjami terenowymi poszczególnych samochodów. Kiedyś posmakowałem trochę archaicznego, niemniej potężnego jednocześnie Wranglera i w głowie kołatała mi wówczas jedna myśl (oprócz przytłaczającej wielkości nadkoli, maski oraz szerokości tego zwierza): jak dużym facetem należy być lub jak duże pokłady chęci udowodnienia innym swojego znaczenia w społeczeństwie trzeba pielęgnować, by z własnej, nieprzymuszonej woli chcieć manewrować tym w ciasnych uliczkach dużej aglomeracji miejskiej?! Wydało mi się to wówczas równie szalone i niedorzeczne, co przystrajanie na święta Bożego Narodzenia palmy. Chciałbym jednak być uczciwy i powiedzieć, że uczucie bycia zagubionym towarzyszyło mi na pokładzie nie tylko siermiężnego Jeep’a – tak samo mam w Klasie G Mercedesa czy w kabinie dowolnie wybranego pikapa i nawet zastanawiałem się nad tym, czy powodem takiego stanu rzeczy nie jest przypadkiem chroniczna niechęć do jazdy terenowej oraz usilnie budowany wizerunek twardziela wokół takich samochodów. Częściowo pewnie tak, ale nie traktowałem nigdy pojazdu, jako wypełniacza osobistych ubytków i ostentacyjnego powodu do społecznych dyskusji, a poza tym: zawsze odnoszę wrażenie, że drogie, choć nieco siermiężne w codziennym użytkowaniu propozycje nie chcą przyjemnie otulać swojego kierowcy i dostarczać mu poczucia bezpieczeństwa. Zawsze czegoś wymagają, chcą, żebyś szedł na ustępstwa i klarownie informują o próbach zahartowania Twojego charakteru. Nie potrzebuję takich uczuć na pokładzie samochodu, którym się przemieszczam. Nie chcę, żeby mnie strofował i przypominał, że nie żyjemy w bajce i należy twardo stąpać po ziemi. Już kiedyś to mówiłem: samochód to dla mnie autonomia i przestrzeń do szczęśliwego funkcjonowania; miejsce relaksu, odpoczynku i samorealizacji, więc dzisiejszego bohatera powinienem już na starcie szczerze znienawidzić…




Szanuję, doceniam i pełen szczerego podziwu jestem dla historii oraz tradycji, jakie udało się wykreować Brytyjczykom na przestrzeni… Jezu – 43 lat wokół nazwy Defender i fascynująca wydaje się droga tudzież ewolucja, jaką na przestrzeni tych 43 lat musiał przejść wspomniany termin, choć to również pokazuje, w jakim kierunku solidarnie zmierzamy jako społeczeństwo konsumenckie. Brzmi to, jak doskonały przepis na książkę, ale prawda jest następująca: Defender już doczekał się zapewne niejednej pozycji na swój temat (pewnie się domyślasz, że jako zdeklarowany fanatyk błota nie przeczytałem ani jednej z nich :-)), ale to interesujący przypadek socjologiczny: od umorusanego ściółką leśną i mchem twardziela, któremu wystarczą zimne konserwy, do elegancko ubranego twardziela, który idąc z duchem czasu jest z rozmachem wspomagany nowoczesnymi zdobyczami natury elektronicznej. Prostackie gumiaki zamieniono tutaj na ekstrawagancki trochę odpowiednik z włoskiej alejki. Pomysł bardzo podobny, ale wykonanie i środki do tego użyte zgoła inne. Czy efekt i przeznaczenie uległy na przestrzeni lat rażącej transformacji? Efekt raczej nie, co dobrze świadczy o producencie wielkiego Defendera oraz chęci pielęgnowania wieloletniej tradycji. Oczywiście, dzieje się to przy użyciu zupełnie innych narzędzi – technologii oraz zmyślnej elektroniki, ale wciąż opakowano to w muskularne i – nie oszukujmy się – ciężkie nadwozie, które nawiązuje do protoplasty z roku 1983. Land Rover buduje zatem samochód na miarę obecnych czasów; samochód, który nie ustępuje w podstawowych kategoriach, a jednocześnie pielęgnuje swoje umiejętności, z których rozdźwięk nazwy Defender poszedł na cały świat i tak pozostaje do chwili obecnej, ale to jeszcze nie wszystko, ponieważ zaawansowana ewolucja danego nazewnictwa wymaga dodatkowo maksymalnej wszechstronności; możności topienia klockowatego nadwozia w ogromnych kałużach, niemniej robienia tego w luksusowej oprawie. Fascynujące, że Land Roverowi udało się zamknąć w jednej propozycji tyle różnorakich talentów i do tego stopnia wykorzystać umiejętności danej bryły, co jedynie dowodzi ogromnych możliwości brytyjskich inżynierów, ale obnaża również mentalną kondycję społeczeństwa, w którym przyszło nam funkcjonować – i w tym właśnie momencie dochodzimy kwestii przeznaczenia dzisiejszego bohatera…






Z technicznego i konstrukcyjnego punktu widzenia Defender jest, moim zdaniem, osiągnięciem i majstersztykiem, z którego inżynierowie mogą być należnie dumni. To dowód zaprzeczający tezie, że „jak coś jest do wszystkiego, to jest zapewne do niczego”, a tutaj nie – Defender potrafi zaoferować fantastycznie komfortową, przestronną i dobrze wyposażoną kabinę, do tego wykonaną z naprawdę dobrych materiałów, a jednocześnie kompetentnie podchodzi do kwestii życia offroadowego i zaspokaja bardzo wymagające gusta. Nie próbuję mówić przez to, że to samochód idealny oraz pozbawiony jakichkolwiek wad – usiłuję dobitnie podkreślić charakterologiczny szpagat, jaki udało się tutaj z powodzeniem osiągnąć, gdzie żadna ze stron nie powinna odczuwać rażących deficytów, a to się naprawdę rzadko zdarza. To fantastycznie udana propozycja, niemniej pozbawiona zupełnie przezroczystej osobowości, bo przecież historyczny welon samego nazewnictwa skutecznie ciągnie się tutaj za samochodem, odciskając swoje piętno nie tylko stylistycznie, jednak coś powoduje, że nie mógłbym określić Defendera propozycją dla każdego – to nie jest modny SUV dla każdego. Między innymi ze względu na cenę, dosłownie, jaką trzeba za niego zapłacić, ale przede wszystkim dlatego, że to jawne odbicie rządzących obecnym społeczeństwem wartości. Musi być wystarczająco bogato, musi nastąpić emanacja potęgi oraz siły, być może udowodnienie swojej wartości, która nie jest wyraźnie dostrzegalna. Jeżdżąc tych kilka dni modelem Defender, czułem gdzieś z tyłu głowy, że poprzez taki samochód próbuję zakomunikować każdemu dookoła „ja mogę”, „jestem na tyle silny”, „jestem samowystarczalny”, „poznaj swoje miejsce w szeregu”. Bez wątpienia nie jestem grupą docelową recenzowanej propozycji, a nawet mogę nie darzyć sympatią potencjalnych odbiorców takiego samochodu, niemniej sam pojazd realnie potrafi oczarować i stanowi wielkie osiągnięcie brytyjskiej grupy JLR.












No Comments