Zapłaczę, ale jeszcze nie teraz
Klamka zapadła, odwrotu nie będzie – inżynierskie głowy odpowiedzialne za rozwój sportowej dywizji Alpine stwierdziły, że spalinowe A110 nikomu potrzebne do szczęścia nie jest, a ponad wszelką sceptyczność jego zniknięcie dobrze zrobi koncernowej emisji dwutlenku węgla oraz finansom. To jak powiedzieć: liczyliśmy się z opinią użytkowników i fanów, rozwijaliśmy nasze sportowe pojazdy do momentu, kiedy było to jeszcze opłacalne, ale chyba sami rozumiecie – w końcu chodzi o biznes. Częściowo to rozumiem, ale żeby ostatni bastion wymagającej, prawdziwej, nieokrzesanej oraz podtrzymującej miętę do samego faktu prowadzenia samochodu motoryzacji w grupie Renault, zastępować pojazdem elektrycznym? Wygląda to, jak pogrzebanie w minutę całej, skrzętnie budowanej latami tradycji spalinowej, do której wzdychały miliony użytkowników na całym świecie, jak rozmienianie charakteru marki Alpine na drobne w myśl zasady, iż sprzedaż jednostkowa nie zrobi wyniku, dlatego należy zmienić orientację na produkcję masową. W przypadku elektryka?! Wiem, że wylewa się ze mnie trochę niezadowolenie, w pewnym sensie też niezrozumienie podszyte delikatną złością i chyba nie potrafię się godzić z bezkompromisowymi decyzjami uśmiercającymi ważne dla mnie wartości, dlatego zapewne nie umiałbym piastować szalenie ważnego stanowiska korporacyjnego, ale moja wewnętrzna chemia wynika też bezpośrednio ze świadomości, z czym przyszło nam się żegnać…



Nie bardzo mnie interesuje fakt, że dostajemy tutaj magazynową zbieraninę komponentów ze starszych modeli Renault, że panel jednostrefowej klimatyzacji pochodzi z Clio generacji czwartej, że nie ma gdzie odłożyć smartfona, widok do tyłu zasadniczo nie istnieje, a do samochodu dostajemy się za pośrednictwem karty, pamiętającej ustrój komunistyczny. To wszystko blednie w obliczu komponentów, jakie ma nam do zaoferowania topowy wariant modelu A110 z literą R – bynajmniej nie oznacza to Rajdu. Pewnie już doskonale wiecie, że A110 R posiada maskę, dach, progi, dyfuzor, spojler, a nawet obręcze wykonane z karbonu, co zaowocowało kuracją odchudzającą względem recenzowanej przeze mnie odmiany S, wyrażającej się liczbą 34 kilogramów. To jak z pojęcia bycia szczupłym wejść na pułap anoreksji, bo tak należy rozpatrywać obecnie w branży samochodowej masę własną na poziomie 1 086 kilogramów. Dlaczego recenzowany egzemplarz nie posiada karbonowych obręczy? Powodem jest pakiet o nazwie Turini, który – nie ukrywam – trochę mnie cieszy, ale idziemy dalej: względem A110 S „mój” bohater jest również o 10 milimetrów obniżony i o 10% sztywniejszy, dysponuje bardziej rozbudowanym i w efekcie skuteczniejszym wymiarem aerodynamicznym, ma bardziej wymagające opony Michelin Pilot Sport Cup 2, zaś kabinę ubogacają nowe fotele kubełkowe z pasami szelkowymi. Nikt ukrywać tutaj nie zamierzał, iż pierwotnym założeniem wariantu R (pomijam wersję Ultime – to inna rzeczywistość) było skonstruowanie pojazdu doskonale czującego się na torze, który miałby wystarczające argumenty, by na wspomnianym torze przebywać i w efekcie dostarczać swojemu właścicielowi solidną dawkę motoryzacyjnych emocji.
Rzeczywiście – inżynierom omawianego pojazdu skutecznie udało się wydobyć jego nieokrzesany charakter. Zajęcie miejsca dla kogoś niewprawionego i przygotowanie się do jazdy, przypomina uprzednią lekturę instrukcji BHP oraz poczucie, że powinniśmy się jakoś przygotować do tego, co nadejdzie, że to nie jest bezobsługowy samochód, który moglibyśmy prowadzić jednym palcem. Sporo jest prawdy w stwierdzeniu, że Alpine udało się opracować pod względem niesionego vibe’u, spektaklu, jaki wywołuje na drodze i w końcu zachowania supercara, który owszem posiada niepasujący do tej kategorii motor benzynowy 1.8 o mocy 300 koni mechanicznych, ale na szczęście to nie silnik powinien definiować A110 R i bynajmniej tego nie robi. W tym samochodzie przede wszystkim chodzi o prowadzenie, dostarczany przez całą konstrukcję feedback, rzucanie z pewną dozą niepewności samochodu w szybki zakręt i obserwowanie, co znaczy dojrzała, lekka i dopracowana konstrukcja wyścigowa. Chodzi też o wymiar edukacyjny, jakiego będzie Tobie w stanie dostarczyć A110 R, pod warunkiem, że go nie zlekceważysz i potraktujesz z należytym szacunkiem. To nie jest propozycja dla klienta wychowanego przez wygodne i bezstresowe pojazdy typu SUV, propozycja, która nie będzie skłaniała do myślenia, pewnego analizowania i zrozumienia, dlatego będę powtarzał, że to uczta i hołd konstrukcjom, tak mało docenianym przez obecny pryzmat budowania koncernu samochodowego. To piękne zaprzeczenie tego, czego wymagają obecne ideologie polityczne. Być może tak bardzo doceniam A110 R przez swoją naturę cichego buntownika, a może odnajduję w tym samochodzie delikatny wyraz prywatnego sprzeciwu wobec kierunku, w którym podążają trendy branży samochodowej, ale urzekająca jest szczerość, brzmienie opcjonalnego układu wydechowego Akrapović i transparentność omawianego pojazdu.
Czy okolice 600 tysięcy złotych to adekwatna cena wspomnianej transparentności? Nie, to Himalaje finansowe, które ciężko przełknąć, ale płacimy tutaj za pewną ideologię konstruowania sportowego urządzenia, za lekkość, uczucie nabycia czegoś wyjątkowego i perspektywę niezłej lokaty kapitału, więc i tak pewnie bym tyle zapłacił, by móc postawić A110 R w prywatnym garażu marzeń. Czy jestem zauroczony? Bez wątpienia – jako maszyną o konkretnej funkcjonalności oraz do konkretnego celu oraz jako nośnik bardzo istotnych wartości o charakterze motoryzacyjnym. Jako finalny pean spalinowej dywizji Alpine, nie chciałbym, żeby A110 R skończyło, jako ponętny obiekt motoryzacyjnych flipów, ale wierzę, że wystarczająca grupa potencjalnych klientów będzie wiedziała, do czego służy takie urządzenie, jak A110 R, a ja mogę jedynie powiedzieć: było fantastycznie, do zobaczenia gdzieś w przyszłości, na jakimś zakręcie…


















































































Opracowanie i tekst: Patryk Rudnicki
Zdjęcia: Bartosz Kowalewski / BKfoto
No Comments