Honda Jazz Elegance e:HEV (2026)

Honda Jazz Elegance e:HEV (2026) – test

Dzieciak z blokowiska, 2.0

Ponad 20 lat wstecz życie wydawało się łatwiejsze oraz jakieś takie przyjemniejsze, a już na pewno bardziej – zdecydowanie – beztroskie. Ostatni przymiot wynikał zapewne w moim przypadku z faktu, że funkcjonowanie w społeczeństwie, jako dorosły, brzmiało dla mnie wówczas dość enigmatycznie, a kluczowe wartości, jakie rezonowały w mojej głowie, zamykały się w kolejnym poziomie gry komputerowej tudzież smacznej kolacji. Wiodące były inne priorytety, ale tak, letnia codzienność pośród blokowisk rządziła się własnymi prawami – zabawy, szacunku, okradania ówczesnej teraźniejszości z drogocennego czasu i czasem siły. Czym to się różni od tego, co mamy obecnie? Mówiąc delikatnie: to zmiana pokoleniowa, dosłownie…

Dzień zaczynał się relatywnie późno, słońce wstało już dawno, a rodzice zdążyli do tego czasu zrobić już masę rzeczy, ale nie miało to większego znaczenia. Piękna, gorąca pogoda, latające „farfocle” z drzew, podbijające tylko, jakby złośliwie, oznaki silnej alergii oraz jednostajny dźwięk pracującej kosiarki. W telewizji sączyły dźwięki aktualnych przebojów na kanale, nazwy którego teraz nie przytoczę, ale dzisiaj pozostały tam w znakomitej większości ogłupiające programy typu reality show, a w głowie młodego chłopaka klarował się plan bieżącego dnia – zasadniczo taki sam, jak dzień wcześniej, ale to również nie miało większego znaczenia. Była to raczej beztroska rutyna, która powtarzana dostarczała ogrom satysfakcji, a ludzie nie zastanawiali się nad tym, że 20 lat później nadrzędnym zmartwieniem ludzi młodych będzie rozszarpana kondycja zdrowia psychicznego. Beztroska i brak poczucia upływającego czasu zamienione na żółć w sieci oraz bieg przez iluzoryczne płotki o słowa docenienia. Niestety, dostrzegam pewną zmianę, dlatego myślami chętnie powracam do swoich podwórkowych znajomych, którzy wyznawali te same zasady i prowadzeni byli tymi samymi pobudkami – dość niewinnymi, bo przecież ostatecznie chodziło wyłącznie o dobrą zabawę i aktywnie spędzony dzień. Płynnie zatem teraz mogę przejść do głównego bohatera niniejszego wstępu…

Patrzę na Hondę Jazz i ogarniają mnie całkiem pozytywne myśli. Samochód, który, w odróżnieniu do wersji Crosstar, nie próbuje niczego udawać i charakteryzuje się dość lekkim, zabawkowym, uroczym, ale wciąż całkiem poważnym image’em. Widząc ten samochód, chciałoby się go przytulić i to dobrze rezonuje z przeznaczeniem japońskiej propozycji – Honda zaplanowała bowiem, że to pojazd miejski. Zgodzę się z tym, bowiem nieduży zbiornik paliwa i charakterystyka hybrydowego układu napędowego zdecydowanie pasują do użytkowania po zatłoczonej aglomeracji miejskiej. Zapuszczanie się w daleką trasę nie ma specjalnie większego sensu, bo wyciszenie kabiny będzie trochę irytować (choć i tak jest zaskakująco niezłe, jak na segment B), pomimo całkiem bogatego wyposażenia, jak na przedstawiciela segmentu B, nie uda się w pełni zrelaksować na pokładzie japońskiego hatchbacka, zaś hybryda wcale nie będzie wstrzemięźliwa (w moim przypadku było to 6,6 litra benzyny). No i silnik karmić nas będzie hałasem, jakby chciał oznajmić, że nie do tego został stworzony. Istnieje jeszcze dodatkowy argument, który spowoduje, że nie będzie Wam się chciało walczyć „dżezem” w trasie – rutynowi „poganiacze” i użytkownicy dróg szybkiego ruchu w nierzadko większych samochodach, nie będą Was niestety traktować poważnie. Ot, polska, smutna i niesprawiedliwa rzeczywistość drogowa…

Sam Jazz jednak to propozycja zbudowana w określonym celu i może nie zawojuje całego segmentu, ale zrozumiem, jeśli uszczęśliwi niejednego klienta. Nie powinniśmy traktować recenzowanej Hondy w sposób, który obecnie jest całkowicie oczywisty i przyjmujemy to za coś normalnego. Hatchbacki segmentu B są bowiem często traktowane, jako narzędzia uniwersalne, które mają być na każdym polu znakomite, a tymczasem wciąż mówimy o propozycjach, które posiadają oczywiste i zrozumiałe oszczędności. W przypadku Jazz’a trudno je trochę uargumentować, skoro producent żąda tyle pieniędzy za swojego reprezentanta (101 900 złotych w przypadku klasycznego hatchbacka), niemniej to był przyjemnie spędzony czas. Patrząc i przemieszczając się tytułową propozycją, widziałem bowiem trochę swojego kolegę z dzieciństwa – porządnego, z dobrej rodziny, którego następne kroki były raczej przemyślane i całkiem rozsądne. Dobrze spędzało się z nim długie godziny na świeżym powietrzu, ale nie była to ulubiona osoba z całego podwórka i funkcjonowała w dość charakterystyczny, oryginalny dla siebie sposób. Wymowne, ale jakże prawdziwe.

Patryk Rudnicki

No Comments

Leave a Comment

*