Land Rover Discovery Sport Dynamic HSE D200

Land Rover Discovery Sport Dynamic HSE D200 – test

Naprawdę kupujesz Discovery, bo jest sportowe?

Odnoszę nieodparte wrażenie, że tytułowy model jest zlepkiem dwóch interpretacji: pracownicy Land Rovera usilnie chcieli zaproponować swojego reprezentanta w obleganym segmencie dokładnie średniej wielkości pojazdów typu SUV, co jest chwalebne i stanowi nie lada wyzwanie, natomiast druga strona medalu to chwytliwa nazwa, co do której ci sami pracownicy nie mieli najwyraźniej skonkretyzowanej koncepcji. Wyszedł samochód, który w recenzowanej kompletacji rzeczywiście trochę nawiązuje do wielkiego Discovery, niemniej powiedzenie, że to skurczona w praniu, legendarna już terenówka Land Rovera, byłoby mocnym uproszczeniem. To nie jest osobny byt, który nie musi przejmować się istniejącą konkurencją – ta jest obecna i mocno podgryza objętą pozycję Discovery Sport, więc zastanówmy się, czym ten model właściwie jest, czy efektywnie się broni oraz czy nie pozostaje czasem wyborem niszowym…

Powinniśmy uświadomić sobie pewien fakt: idea Discovery Sport i chęć rzucenia wyzwania takim propozycjom, jak Audi Q5, Volvo XC60 czy Mercedes-Benz GLC, zrodziła się w brytyjskich głowach jeszcze w 2014 roku – nie mamy więc żadnego podziału na generacje ani budowanej z pietyzmem historii danego samochodu. To podobny trochę model funkcjonowania do przywołanego tutaj Volvo, bowiem eleganccy panowie z Land Rovera wymyślili sobie, że będą utrzymywać jedną konstrukcję na rynku, fundując jej sukcesywnie paczki stosownych aktualizacji, co było widoczne przede wszystkim sześć lat wstecz, kiedy to Discovery Sport poddane zostało dosyć zauważalnej modernizacji, niemniej prosta matematyka: to pojazd liczący 6 wiosen od wspomnianego, dużego liftingu, a od samego początku swojego poczęcia już wiosen 11. Czy mi to przeszkadza? Niespecjalnie – Disco Sport prezentuje się nad wyraz schludnie, proporcjonalnie i zwyczajnie dobrze, a wnętrze to minimalistyczna interpretacja luksusu dzisiejszych czasów. Nie powiem, żeby było idealnie, ale podoba mi się „czysty” design, brak skomplikowania na pierwszy rzut oka, bowiem chwili przyzwyczajenia wymagają centralne multimedia i odwoływanie się do bardziej klasycznego traktowania wymiaru prestiżu – klasycznych zegarów (tutaj są oczywiście wirtualne, ale dobrze udają te zwykłe) i czystej formy całej kabiny. Poza tym, nie trzeba się pochylać nad kwestią jakości tego wnętrza, bo Discovery Sport dopieszczono z należytą starannością. Wiecie, co jeszcze mnie urzeka w tej propozycji? Ano powiem Wam…

Land Rover mocno pielęgnuje swoją koncepcję samochodów, które nie zginą w bardziej wymagających, ostrzejszych warunkach terenowych i wokół tej koncepcji budowane są niezmiennie pojazdy tej firmy. Urzekające i rzeczywiście stanowi to element charakterystyczny, którego nie znajdziemy w ustandaryzowanej konkurencji. To pewnego rodzaju identyfikacja samochodów Land Rovera – w tym również Discovery Sport, które zachowuje całkiem pokaźny wachlarz umiejętności terenowych, ale smutny jest fakt, że to działanie trochę bezcelowe. Prawda jest bowiem następująca: żaden myślący nowocześnie konsument, ceniący sobie wygodne życie na poziomie i wiedzący, czym jest Tik Tok oraz Temu, nie skorzysta z tych elektronicznych udogodnień tudzież prześwitu 210 milimetrów – będzie wolał kisić Disco Sporta w aglomeracji miejskiej, czyli habitacie, w którym czuje się najlepiej, a w kategoriach normalnego lub klasycznego użytkowania, brytyjska propozycja wcale nie będzie zaznaczać już swojej dojmującej przewagi. Będzie jeździć podobnie, otulać bogatym wyposażeniem i znakomitym samopoczuciem w kabinie, zagwarantuje trochę komfortu i wygody, ale żeby wyprzedzać na tych polach nowocześniejsze propozycje niemieckie, japońską lub szwedzką? Tu jest właśnie pewien kłopot…

Polubiłem Discovery Sport, bo myślę dość klasycznymi, prostymi kategoriami, doceniam solidny prześwit, mocnego diesla (204 konie mechaniczne) i nieudawany charakter, który delikatnie wyłamuje się aktualnym trendom. Owszem, chętnie bym powiedział, że recenzowany model, jako całokształt, jest niezwykle interesującą kompletacją – drogą, niemniej potrafiącą tę cenę logicznie uzasadnić, ale zdaję sobie również sprawę, że tak daleko, jak spodobał mi się ten Brytyjczyk, tak znakomita większość klientów nie będzie potrzebować odrobiny terenowego czaru i wdawania się w szczegóły, typu: jestem propozycją wyjątkową i pielęgnuję cudowny etos uterenowionego pojazdu. Nie – docelowy klient będzie raczej spoglądał na kategorie mierzalne, nowoczesność, zaawansowanie, wiek całej konstrukcji, jak najtańsze ubezpieczenie i ratę leasingową. Gdzie w takim świecie miejsce dla recenzowanego Land Rovera? Moim zdaniem w mniejszości, ale to dobrze – garstka osób, które zdecydują się na etos luksusowo-terenowego samochodu, powinna być naprawdę zadowolona i docenić fakt, że posiada coś innego niż wszyscy. Zmieniłbym tylko wspomniane nazewnictwo – Land Rover Outround byłoby dobrze? 🙂

Patryk Rudnicki

No Comments

Leave a Comment

*