Mercedes-AMG GT Black Series (2020)

Mercedes-AMG GT Black Series – Najbardziej pożądany Mercedes

Uwielbiam takie historie – przesiąknięte specyficznym klimatem, wyjątkowe i mówiące o produktach, które w dużej mierze zbudowały emocje. Dzisiejszy rynek motoryzacyjny w coraz mniejszym stopniu hołduje czynnikowi ludzkiemu, co jest oczywiście smutne, ale szybko można wytłumaczyć, bezradnie rozkładając przy tym ręce. Tym bardziej doceniajmy prezentacje takich samochodów – pełnych emocji, czasami brutalnych, a w świecie coraz częściej stosowanych filtrów, zwracających na siebie uwagę „inaczej”, bo wizualnie, a nie dudniącym układem wydechowym. Najnowszy produkt Mercedes-AMG nie powinien mieć z tym jednak żadnego problemu.

Przyznaję: Niemcy kazali trochę czekać, bo zbudować prawdziwie sportowy pojazd w czasach unijnych rygorów, narzucania obostrzeń i kurczowego trzymania się teorii, że nawet sportowy brutal ma być odpowiednio cichy, żeby nie spłoszyć przypadkiem zimujących czapli, nie jest łatwo. Poza tym, mówimy już o pewnych absurdach, niemniej skupmy uwagę na rzeczywistym bohaterze tego wpisu. Słodka panienko – jest o czym opowiadać, bo zaczęło się dosyć niewinnie, od małego SLK, któremu postanowiono dodać nieprawdopodobnie, jak się później okazało, emocjonujące słowa „Black Series”. Po debiucie SLS-a AMG Black Series musieliśmy czekać osiem długich lat, ale testy wreszcie ustały, dlatego przedstawiam Wam szóstego członka szlachetnej rodziny z Affalterbach: Mercedesa-AMG GT Black Series.

Co dało żmudne testowanie samochodu i kręcenie szalonych kółek przy wtórze piszczących opon na torze Nürburgring? Z pewnością więcej niż oczekiwałem. Mercedes-AMG nie kryje, że czerpano inspiracje z wyścigowej klasy GT3, a celem było stworzenie drogowego potwora. Motoryzacyjnej bestii, którą jednak da się używać, czysto hipotetycznie, na Moście Łazienkowskim. Niech Was nie dziwi przebudowana aerodynamika – podwójny tylny spojler z ruchomą centralną częścią, która odchylając się w zakresie 15 stopni, pełni funkcję dodatkowego hamulca (mała dygresja: ta piknikowa ławka potrafi rzekomo przy 250 km/h wygenerować 400 kilogramów docisku), karbonowy dach z centralnym wyżłobieniem, wtopiona w nadkola „wentylacja” (nie taka plastikowa jak w AMG GT R Pro) czy przedni, karbonowy splitter, który ma bardzo proste, ale genialne rozwiązanie – można go manualnie wysunąć do przodu o 5 centymetrów, zwiększając tym samym docisk przodu i tak – nie robimy tego na drogach publicznych, bo konsekwencje mogłyby być nieprawdopodobnie drogie. Aha, tylne skrzydło jest oczywiście również manualnie regulowane.

Mercedes-AMG zadbało, by ich aktualnie sztandarowy produkt był dopracowany w każdym calu, ale i trzymał się etosu samochodu najbardziej brutalnego, jak to możliwe. Zaaplikowano wyczynowe ogumienie Michelin Pilot Sport Cup 2 R, 19-calowe obręcze z przodu i cal większe z tyłu, a samochód został dodatkowo poddany kuracji wyszczuplającej. Nie ma się jednak co martwić – zaoszczędzono kilogramy tam, gdzie nie byłoby to swoistym faux pas, a dobre i bogate wyposażenie pozostało. Efekty odchudzania jednak widać – odelżone boczki drzwiowe, sporo wspomnianego już tutaj karbonu czy klapa bagażnika wykonana z tego właśnie materiału. Znowu malutka dygresja: niemiecki RENNtech jednak wiedział co robi, kiedy wprowadził takową klapę do swojego, absurdalnie podkręconego AMG GT R-a Pro. Czyżby delikatne przecieki? Zakulisowa prezentacja „monstera” z Affalterbach?

Tytułem końca, czyli element najważniejszy i potencjalnie najwięcej wnoszący: silnik. W dalszym ciągu to monstrualne 4.0 V8 z bardzo solidnym turbodoładowaniem, ale to jakby powiedzieć, że w Las Vegas też jest przecież Wieża Eiffla. Nie dajcie się zwieść – TO 4.0 V8 zostało gruntownie zmienione i otrzymało inną charakterystykę pracy. Dość powiedzieć, że wał korbowy został spłaszczony, a widlasta „ósemka”, pomimo dmuchania ogromnych ilości powietrza, zyskała na wysokoobrotowej charakterystyce. To może w jakimś stopniu tłumaczyć radykalny przyrost koni mechanicznych, bo jest ich aktualnie 730 (+ 145 względem AMG GT R-a Pro), a dochodzi jeszcze 800 niutonometrów momentu obrotowego. To dużo. Cholernie dużo – Black Series robi pierwszą setkę, według obietnic, w 3,2 sekundy, ale to jeszcze niewiele. 200 km/h ma się tutaj pojawiać na elektronicznym prędkościomierzu, jak to wygodnie określa Mercedes-AMG – „poniżej 9 sekund”, a prędkość maksymalna to 325 km/h. Pytanie, które może niektórych delikatnie nurtować: „czy „Black Series” to już aktualnie wyłącznie nazwa handlowa, czy może faktycznie objawia się jakoś w tym samochodzie?” Odpowiadam: to głównie etos produktu niezwykle wyjątkowego, może nawet dla wybranych, ale nie tylko – czarne są zaciski ceramicznego układu hamulcowego i plakietka zdobiąca pokrywę silnika. Pomarańczowe za to są akcenty w środku, a dodatkowo będzie można sobie zamówić torowy pakiet: lekką klatkę bezpieczeństwa i czteropunktowe, wyścigowe pasy, co zapewne uczyni znakomita większość klientów.

Niesamowity wóz i nie będę po raz kolejny powtarzał stwierdzenia, że to zwieńczenie aktualnej oferty AMG, taka wisienka czy korona – to banały. AMG GT Black Series całym sobą krzyczy o swojej wyjątkowości, choć nie jest przekombinowany. Niektórym pewnie się nie spodobają dwa wystające bolce w bagażniku, ale są one konieczne – ten gigantyczny spojler jest bowiem integralną częścią nadwozia. Mój Boże, mówimy przecież o samochodzie drogowym, który bardzo chętnie pojeździ na torze wyścigowym. A może to samochód wyścigowy zaadaptowany do robienia zakupów? Ważne są jeszcze inne kwestie: czy to samochód limitowany oraz ile będzie kosztował? O pieniądzach nie pogadamy, bo Mercedes-AMG jest przy zdrowych wszystkich zmysłach i takiej informacji nie ujawnia, zaś co do ilości – produkcja będzie ograniczona, czasowo, a nie ilościowo.

Patryk Rudnicki

No Comments

Leave a Comment

*