Pikantny gulasz czy może zupa nic?
Jesteśmy przyzwyczajeni do wydawania ocen rzeczywistości na podstawie minionych czasów. Zdaję sobie doskonale sprawę z faktu, że to często niesprawiedliwe i krzywdzące – zmienia się bowiem perspektywa, codzienność, w której przychodzi nam funkcjonować i oczekiwania ludzi, podczas gdy postępującego rozwoju i progresu nie jesteśmy w stanie lub nie powinniśmy zatrzymywać. Paradoks obecnej rzeczywistości polega na tym, że producenci by chcieli, ale mają nad sobą kaganiec obostrzeń, do których powinni się zastosować, bo w przeciwnym razie będą zmuszeni płacić bajońskie kary finansowe (lub odczuje to konsument, poprzez wyższą cenę zakupu 😉), a docelowi klienci domagają się „prawdziwych” i „normalnych” samochodów, których produkcja w 2026 roku jest wysoce nieopłacalna. Koło się zamyka, natomiast kupno pachnącego nowością pojazdu zostaje sprowadzone do kwestii wyboru kolejnego sprzętu AGD, który ma zwyczajnie działać bez większych uniesień. Dlaczego zatem Honda reaktywowała nazwę Prelude?


To niełatwe czasy dla samochodu typu coupé, dwudrzwiowego, z ograniczoną praktycznością i to w marce popularnej, która oferuje produkty dobrze prezentujące się w korporacyjnych tabelach Excela, zaś idée fixe stanowi od pewnego czasu kwestia bezpieczeństwa. Mamy bowiem sytuację, w której marka wytwarzająca produkty stricte popularne, nagle rzuca szklanką na bankiecie i mówi: teraz będziemy produkować grające na emocjach coupé, bo tak sobie to wymyśliliśmy. Dla jasności: ogromnie się cieszę, że Hondę było stać na taką decyzję i wykazali się wystarczającą odwagą, by w niepopularnych czasach dla samochodów emocjonujących zaproponować właśnie taki pojazd, a przynajmniej czysto teoretycznie pojazd emocjonujący, bowiem większość nowoczesnych tworów motoryzacyjnych o zabarwieniu sportowym, przypomina dzisiaj wykastrowanego strongmana tudzież próbę uszczęśliwienia konsumenta docelowego, która się kończy zawsze tak samo – pewnym niedosytem. Obawiałem się zatem spotkania z modelem Prelude – może nie dlatego, że kojarzę wciąż tę nazwę z legendą popularnego akronimu „VTEC” i samochodami, które wychowywały pokolenia modyfikujące swoje pojazdy. Trochę się obawiałem, że pod naprawdę zgrabnie wystylizowanym nadwoziem zostało bardzo niewiele pierwotnego charakteru samochodu angażującego (o jakimkolwiek nawiązaniu do historii, poza nazwą i formą karoserii, nie myśląc), że Prelude został korporacyjnie mianowany „ciekawszym i droższym Civiciem” – wszak projekt kabiny i hybrydowy układ napędowy ma przejęte ze wspomnianego hatchbacka. Było się zatem czym zamartwiać? Postaram się wyjaśnić…









No Comments